Translate

niedziela, 4 września 2011

Montreal, Tofino.

Meksyk z mieszkaniem. Pomyslalam ze zniose to ze nie mam zamka w drzwiach ani swiatla w pokoju, ze jest wybita szyba w kuchni, ze Havard je zgnile truskawki i przynosi codziennie nowe skarby ze smietnika, a Kevin kazdego wieczoru jara trawe. Ale kiedy moi współlokatorzy w piatek zrobili burde pomyslalam ze mam dosyc. Para sie poklucila. O 4.30 w nocy krzyk, placz i rzucanie przedmiotow przez okno... Takze zwiedzam dalej...

Zaczela sie szkola. Metody nauczania przerosly moja najsmielsze oczekiwania. Na antropologie medycyny trzeba co 2 tyg robic projekt o tym co nas najbardziej zafascynowalo na zajechaich - mozna uzyc dowolnego medium - wypracowanie/ fotoesej / film / rzezba... Mamy przelozyc to czego sie nauczylismy na wlasny jezyk i przemyslec co mozemy z tego co on mowi dla siebie wyciagnac.

Mam metlik w glowie. Miliard spraw do zalatwienia. Przytlacza mnie miasto. Jest bardzo intensywnie. Kazda wolna luke staram sie pozytecznie zagospodarowac. A i tak kiedy mama na skypie zaczyna zdanie od: "Czy zalatwilas ...?" Najczesciej z przykroscia odpowiadam - nie...
Caly czas na kawie. Zle spie. Nie mam kiedy sie o siebie zatroszczyc. Zaniedbalam joge :( Tesknie za Lasqueti. Za nim.

***

Mama chciala troche pejzazu. Moze byc z czlowiekiem?
Tofino.





Mialam taka jazde ze nie wytrzymam tego napiecia, tych emocji. Nigdy mi sie cos tak magicznego nie zdarzylo. Trzeslam sie ze szczescia. Powiedzialam Dustinowi ze w niego nie wierze. Ze to mi sie sni. Odwrocilam sie i poszlam plakac. Podnioslam zlamana muszle. Spojzalam za siebie w poszukiwaniu browowej bluzy i niebieski spodni. Zniknal. Pomyslalam - ok. Wymyslilam go sobie i tak na prawde nigdy go nie bylo. Dlugo to trwalo. Oszolomiona wpatrywalam sie w ten piekny pejzaz i zastanawiajac sie czy oszalalam. Potem zobaczylam, ze jakas baba chodzi nago po plazy. Krzyk i sprint do wody. Rozesmialam sie. Emocje puscily. To nie baba to Dustin.

***


A to moje ulubione.
Potem razem oszalelismy.
Tanczylismy kontakt ze soba i z drzewami.
Odprawilismy rytual leczacy kobiecy i meski pierwiastek we wszechswiecie;)

I Dustin mi spiewal.

"You are forever pure.
You are forever truth.
And the dream of this word can never touch You.
So give up Your attachment
And give up all confusion
And fly to that space that's beyond all illusion".


http://www.youtube.com/watch?v=DA2vzDBWMlY
Slucham sobie przed snem zeby sie dobic Montrealem...

Wiem ze smece. Wybaczcie. Taki czas.


2 komentarze:

  1. Ale odjazd!! Kinia, kto śpiewa??? Moje koleżanki pilnie śledzące Twoje kanadyjskie przygody uważają, że powinnaś napisać książkę (dzisiejszy wniosek Atrakcyjnego Kazimierza). Mnie wychodzi, że raczej audiobook :-P. Może być też książka z płytą dołączoną. Wysyłam Ci jak najwięcej pozytywnej energii i przytulam. Trzymaj się kochanie :-*****

    OdpowiedzUsuń