Translate

sobota, 29 września 2012

Terror Horror


Brooks kazał mi usiąść po środku łóżka, żebym sobie niczego nie zrobiła jeśli upadnę. On zawsze upada na twarz. Zabrzmiało niepokojąco, ale puściłam tę uwagę mimo uszu. Zaciągnęłam się, zaśmiałam nerwowym śmiechem, obraz mi się rozjechał i świat zniknął. Wszystko co do tej pory znałam przestało istnieć. Zapomniałam co to są ludzie, domy, drzewa i niebo. Miałam oczy szeroko otwarte. Rzeczywistość zmieniła się w kolorowe pionowe paski, może sznurki. Były miękkie, ale ciężko było się przez nie przecisnąć. Ogarnęło mnie obezwładniające uczucie strachu, przerażenia, zagubienia. Podobne to tego jak jesteś dzieckiem i zgubisz się w lesie. Nie miałam żadnego wspomnienia z tego świata, który znałam. Pamiętałam tylko, że kiedyś było coś prawdziwego i że muszę za wszelką cenę to odnaleźć. Przedzierałam się przez niekończące się pasy kolorów. Im dalej szłam, tym bardziej liny zaciskały się na moim ciele, w końcu rozerwały mnie na pół, moje płuca były podarte na strzępy. Była mnie tylko połowa. Poszarpane mięso zwisało bezwładnie z mojego tułowia. Krzyczałam z całej siły o pomoc, wiedziałam tylko że muszę iść. Iść i znaleźć coś prawdziwego, nie wolno mi się zatrzymać. W pewnym momencie zorientowałam się, że krzyczę po polsku i, że może to nie dobrze. Że jak chcę pomocy to może powinnam krzyczeć po angielsku. Jakimś nieziemskim wysiłkiem przypomniałam sobie słowa, które chciałam wykrzyczeć. Nie mogłam oddychać, ale krzyczałam i ciągle szłam z wyciągniętą przed siebie prawą ręką. Jedyną, która mi pozostała. Nagle na coś trafiłam. Poczułam coś twardego. Od razu zorientowałam się,że znalazłam to czego szukałam. Znalazłam coś prawdziwego. Postanowiłam, że będę się tego trzymać,żeby niewiem co, najmocniej jak potrafię. Zaczęłam spadać, ale z całych sił ściskałam mój odnaleziony odprysk rzeczywistości. Wiedziałam, że to jest mój ratunek, że jak się puszczę to umrę. Powoli rozpoznałam, że to czego się trzymam to ramię. Skupiłam na nim całą swoją uwagę. To był tytaniczny wysiłek. Paski zaczęły się rozjeżdżać. Stopniowo wracała mi świadomość. Zdałam sobie sprawę, że ramię które ściskam jest ramieniem Brooksa. Brooks wydał mi się bardzo brzydki i bardzo podejrzany. Ale Boże jaka to była ulga uświadomić sobie, że on tam jest. Że ja wróciłam. Że pokój wrócił. Łóżko wróciło. Poczułam ogromną falę wdzięczności za to, że Matrix który znam jest na swoim miejscu. 

Wszystko trwało nie więcej niż 7 minut. Brooks był ze mną cały czas. Siedział nieruchomo na przeciw mnie, ze zgrozą patrzyła na terror w moich oczach i słuchał przekleństw, których nie rozumiał. Bardzo wolno poruszałam się po pokoju chwiejnym chodem, który sprawiał mi ogromny wysiłek. Nagle zaczęłam łapczywie chwytać się jego ciała. Jakbym chciała mu wyrwać obojczyk. Włożyłam mu palce do ust i zacisnęłam na dolnej szczęce. Wbiłam mu paznokcie w szyję. Bardzo bał się, że go chcę udusić, ale nie chciał ze mną walczyć, bo wiedział, że jestem przerażona i nie należy pogarszać mojego stanu. Ciągle powtarzał, że jestem bezpieczna. Pierwsze co powiedziałam po angielsku to pytanie: Czy jesteś prawdziwy? Potem kazałam mu podnieść ręce do góry i zażądałam wody.


Szałwia wieszcza (Salvia divinorum) – gatunek rośliny z rodziny jasnotowatych (Lamiaceae Lindl.). Nazywany jest także szałwią proroczą, boską szałwią, szałwią czarownika. Występuje endemicznie w Sierra Mazateca w Meksyku na wysokościach 300–1800 m n.p.m.”(http://pl.wikipedia.org/wiki/Sza%C5%82wia_wieszcza). Wikipedia mówi też, że szałwia ma właściwości terapeutyczne, zaledwie 4% użytkowników reaguje na nią depresyjnie. Żeby nie było wątpliwości, to był mój świetny pomysł, żeby palić szałwię. Brooks mnie ostrzegał, że nie wszyscy to lubią. Wcale mnie nie namawiał, wręcz przeciwnie. Mówił, że to jak podróż w inny świat, nie zawsze ciekawy, że ma się ostre halucynacje, że szamani to palą, żeby się połączyć z innym wymiarem, ale on osobiście w to nie wierzy. Sam palił wiele razy. Raz widział niekończące się pola, innym razem niekończące się dni tygodnia – ogólnie niegroźne abstrakcyjne halucynacje. Mój trip po szałwii był niepodobny do niczego czego do tej pory doświadczyłam. Myślę, że można się na to przygotować, wiedzieć czego się spodziewać. Nie odurzałam się za dużo w moim życiu, ale coś tam mi się zdarzyło magicznego zjeść. Halucynacje były dodatkiem do rzeczywistości. Tutaj było inaczej. Halucynacje były jedyną dostępną rzeczywistością.

Pierwsza refleksja jaka mi przyszła do głowy, kiedy odzyskałam zdolność myślenia to to, że teraz nie mam wątpliwości, że istnieją równoległe rzeczywistości. W miejscu, w którym się znalazłam nie miałam prawie, żadnych wspomnień z tego świata. Pozostał koncept ego, ciała, języka, kierunki, ale to by było na tyle. Nic poza tym. I dodatkowo byłam wyjątkowo przytomna i skoncentrowana. Dlatego nawet, kiedy wszystko się skończyło, ja nadal ze septycznym dystansem podchodzę do rzeczywistości, która mnie otacza. Bo nie ma żadnego dowodu na to, że ona jest prawdziwa poza tym, że nauczyłam się myśleć o niej jako o tej jednej. Nie będę kontynuować tego wątku, żeby nie było, że straciłam rozum.

(Żeby dodać trochę absurdu, rzucę na marginesie, że teraz pisząc siedzę w kawiarni, gdzie w telewizorze leci program ze śmiesznymi zwierzaczkami – kotek udaje kulę na stole bilardowym a piesek robi siku do kibelka. „Ha-ha-ha” - z offu. Niezła schiza na wyciągnięcie ręki.).

Ogólnie było to bardzo bardzo traumatyczne przeżycie. Zupełnie, całościowo nieprzyjemne i nie polecam. Ale mimo tego całego horroru nadal nie żałuję i uważam, że to było bardzo ciekawe. Że doświadczyłam czegoś czego pewnie nie można doświadczyć w inny sposób. Żeby nie było – nie mam najmniejszej ciekawości powtarzać i po tej przygodzie najbardziej na świecie lubię świeże powietrze i zimną wodę. Tak, chcę się już tylko zaciągać zimnym, czystym, wilgotnym powietrzem i ćwiczyć jogę w pomarańczowym słońcu.

***

Ale jak już wcześniej zauważyłam to było tylko 7 minut. Poza tym robię też dużo mądrych i pożytecznych rzeczy. Byłam na tygodniowym intensywnym warsztacie tanecznym z członkiem grupy Ultima Vez. Przez 6 godzin dziennie koncentrowałam się na tym, żeby przy pomocy ruchu stać się bijącym sercem, płynącą krwią, albo podciętą żyłą.
Pracuję też trochę. Śmiesznie wyszło z tą pracą. W środku dnia zadzwonił do nas znajomy Meghan, że coś dla niej ma i zaraz przyjdzie do nas to coś zostawić. Otwieram mu drzwi a on ni ni z tego ni z owego mówi do mnie po polsku: „Nazywam się Mikołaj Żukowski. Latem podcinam kwiaty, zimą odwalam śnieg. Czy chcesz się do mnie przyłączyć?”. Postawił na stole wyborową i ogórka, a ja umarłam ze śmiechu. Od tej pory obcinam z nim kwiaty w ogródkach bogatych ludzi a on się bardzo cieszy, że może ćwiczyć polski.
Byłam na ciekawym performansie tanecznym. Ktoś z publiczności zadawał pytanie, dziewczyna mu wróżyła i dawała odpowiedź tańcząc. Podeszłam i zapytałam: „Should I stay or should I go?”. Ona wzięła szklankę z zieloną słomką i zatańczyła mi solo dmuchając w rurkę i robiąc wielkie bąbelki. Odpowiedź na moje pytanie to: „woda”.  

1 komentarz:

  1. Tym razem postanowiłam NIE komentować wpisu mojej Córki. Nieustająco trzymam kciuki za wybory, których dokonujesz Kochanie :-))))

    OdpowiedzUsuń