Translate

sobota, 30 marca 2013

Super mama



Misja odebrania mamy z lotniska w Limie nie byla latwa... Tuz po powrocie z ayahuaski zgubilam moja karte debetowa i zostalo mi 15 dolarow na 3 dni. Mialam na szczescie kupiony bilet na samolot, po diecie u Luisa wiedzialam, ze bez jedzenia przezyje, ale nie bylam pewna, jak zaplace za noclegi oraz autobusy na i z lotniska. Nie zebym sie jakos specjalnie martwila. Wiedzialam, ze sie wszystko uda, tylko bylam ciekawa jak.

Wzielam bizuterie, ktora wyprodukowalam w dzungli i usiadlam na chodniku na centralnym placu w Iguitos.  Malo ludzi, sami miejscowi. Nic sie nie sprzedaje. Slonce prazy. Ale ja sobie cierpliwie sobie czekalam. Bawie sie w sklep jest super. Podchodzi do mnie dziadek z lodami. Pyta czy chce loda. Ja, ze jasne tylko, ze nie mam kasy. Chlopak na lawce na przeciwko slyszy to i sie smieje. Placi za mojego loda. Wybieram kokosowego. Jest cudowny. Chlopak podchodzi do mnie. Kuca niezdarnie obok mojego kocykowego straganiku. Pyta czy jadlam obiad. Ja z duma, ze nie. Zaprasza mnie na chinczyka. Zmyslam, ze mam wspanialego chopaka, ktory lada dzien do mnie przyjedzie i obsypie mnie prezentami, zatem jesli to jest propozycja randki to lepiej sie jeszcze troche poglodze. Ustalamy, ze bedziemy amigos, nic wiecej. Zwijam kocyk i wsiadam w motoriksze (jedyny srodek transportu w Iquitos). Nowy kolega mowi taksowkarzowi - "zawiez nas do najlepszego chinczyka w miescie!"

Zamawiam ryz z warzywami. Jest to moj pierwszy prawdziwy posilek po powrocie z diety. Smakuje nieziemsko. Usmiecham sie jak glupia i z namaszczeniem rzuje kazde ziarenko. Chlopak jest z siebie bardzo zadowolony. Peruwianczyk. Swierzo upieczony lekarz wojskowy. Nigdy wczesniej nie rozmawial z obcokrajowcem, a co dopiero z takim loco jak ja. Wiec to cale spotkanie jest dla niego bardzo ekscytujace. Opowiada mi, jak to skonczyl prace i postanowil, ze to bedzie dzien inny niz wszystkie. Poszedl na plac, na ktory nigdy nie chodzi. I sam usiadl na lawce - a jak uwaza to jest w ogole nie do pomyslenia, zeby sie w miescie pokazac samemu. No i wtedy zaczal na mnie patrzyc. Zrobilo mu sie szkoda, ze nikt ode mnie nie nic kupuje. Jadl loda i sie zastanawial czemu ja nie jem loda skoro jest tak goraco. Serce mu zamarlo jak sobie pomyslal, ze moze mnie na loda po prostu nie stac. I postanowil mnie uratowac. (Czy dziewczynke z zapalkami ktos w koncu uratowal?)

Musze przyznac, ze bylam mu niezwylke wdzieczna, ale niestety nie za bardzo go polubilam. Mial mocno seksistowski sposob bycia, ktory mnie koszmarnie irytowal. Zatem pojawily sie we mnie powazne watpliwosci, co do moralnosci mojego postepowania. Ale pomyslalam, ze on sie czuje w tej sytuacji jak gwiazda filmowa, tudziez zbawiciel swiata. Ja mam co jesc. Zatem wszyscy szczesliwi i nie ma co tu miec skrupulow.

Zoladek tak mi sie skurczyl, ze bylam w stanie zjesc tylko 1/5 tego, co dostalam na talerzu. Reszte wzielam w pudelko na wynos i starczylo mi na kolejne dni. Zatem kwestia jedzenia zostala rozwiazana. Ale ciagle trapilo mnie czym zaplace za hostel i za autobus na lotnisko po mame. Musialam cos sprzedac. Zatem zowu z wisiorkami na ulice. Usiadlam obok handlujacego hipisa z Chile. Mial duzo wiecej bizuterii niz ja i byl bardziej "true" ;P W sensie, ze z tego zyje i wie, jak sprzedawac. W przeciwienstwie do dziewczynki z Polski, ktora najchetniej wszytskie swoje wisiorki rozdalaby ludziom za darmo. Posiedzielismy z 2 godziny. Pogadalismy. Kolega mily, przystojny. Bardzo sympatycznie, ale nic sie nie sprzedalo. No i wtedy on  postanowil, ze nauczy mnie, jak to sie robi. Zapytal ile potrzebuje. Ja, ze 20 soli. Upletlismy 20 branzoletek, ktorych zrobienie zajmuje 3 minuty (dla porownania moj naszyjnik wymaga 3-4 godzin) i zaczelismy chodzic po ludziach sprzedajac jedna branzoletke za 1 sole. Mielismy do tego historyjke, ze to jest branzoletka z wrozba - myslisz zyczenie, jak wiazemy na rece i kiedy ci sama spadnie to zyczenie sie spelni. I ludzie na to poszli! Sprzedalismy wszystko w niecala godzine. Chilijczyk nie chcial wziac z tego ani grosza. Na dodatek postawil mi kolacje. Mialam na autobus. Pani w hostelu zgodzila sie, ze zaplace jej za noclek naszyjnikami. Bylam uratowana! Wniosek z tego, ze moj glos i uroda 12 latki, ktore zazwyczaj tak przeklinam przydaja sie w kryzysowych sytuajach. Nie musze nawet ust otwierac. Mam na czole napisane - zaopiekuj sie mna. Chyba dzieki temu jeszcze ciagle zyje.

Na przyjazd mamy umylam sie za uszami, uczeslam wlosy, wypralam wszystkie ubrania, zrobilam awokadowe kanapki i wycisnelam sok z mango. Bo moja mama najbardziej wlasnie lubi awokado i mango. I nawet sie nie spoznilam na lotnisko. Wszystko sie udalo! Przyjechaly z Klaudia cale i zdrowe. Oj wielka to byla radosc zobaczyc moja mame po 9 miesiacach :) Na spotkanie zalozylam moje najladniejsze ciuchy. Jednak nie uszlo jej czujnemu oku to, ze w butkach przydeptuje sobie pietki. No, bo poszlam w takich trampkach, co znalazlam w hostelu w Ekwadorze. O dwa numery za malych, ale Conversach ;) Zatem juz pierwszego dnia mama zabrala mnie do sklepu, zeby mi kupic nowe tenisowki (ktore z reszta ukradli mi dzis rano, ale to juz inna historia...).

Z mama bylo wspaniale. Wyprzytuala mnie, ugotowala mi, rozsmieszala mnie do bolu brzucha, dala 3 razy wygrac w karty i zafundowala szalowe wycieczki. I przywiozla mi okulary, ksiazke o szmamnach i muzyyyyke!!! Bo moja empetrojka sie zepsula wieki temu, zatem jestem zanurzona w audiosferze latynoamerykanskiej, ktora poza salsa jest koszmarnie koszmarna. Poczulam sie znowu jak na wakacjach! Nawet mi sie udalo calkiem dobrze rozchorowac - chyba podswiadomie po to, zeby mama sie mna troche zaopiekowala.

Kiedy w zeszlym roku przyjechala do mnie do Kanady, juz drugiego dnia skrecila kostke. Tym razem, jak tylko doleciala do Cusco, dostala 40 stopniowej goraczki. Moze ona tez lubi zebym ja sie nia zajela? Ale jak tylko wydobrzala to nadala wycieczce ostre tepo. Prawie codziennie pobudka przed siodma i sio zwiedzac. To ona wyciagnela nas na droge smierci...

W Boliwii maja najniebezpieczniejsza autostrade swiata. Waska, stroma, kamienista sciezka biegnie tuz nad zboczami ostrych gor, wije sie pod wodospadami i przecina mrozne strumienie. Dzis droga jest zamknieta dla normalnych pojazdow, gdyz za duzo ciezarowek ladowalo na dole... Za to mozna nia zjechac na rowerach... 4 godziny zapierdalania z gorki. Predkosc, przestrzen i wiatr. Byl szal! Ale rece bolaly jak cholera. Z 22 osobowej grupy rajd ukonczyla zaledwie polowa... Powywalali sie, popsuli rowery, albo wymiekli fizycznie. Jedna dziewczyna przeleciala przez rower, upadla twarza w zwir, po czym przejechal po niej nasz instruktor. Coz... Nie zdazyl wyhamowac... Dziewczyna stracila przytomnosc, zabrali ja do szpitala. Ostatecznie tylko sie poobijala, ale wstyd byl, bo instruktor nie dosc ze ja przejechal, to nawet nie potrafil udzielic pierwszej pomocy na miejscu.... W kazdym razie nam sie nic nie stalo, wszystkie ukonczylysmy trase w zawodowym stylu. Nie wiedzialysmy o wypadku, wiec zapierdalalysmy jak trzeba i mama mnie nawet czasem brala na zakretach. Musze powiedziec, ze mi niezle zaimponowala...

Teraz wakacje sie skonczyly, mama pojechala do domu, a wracam do podrozowania.

*** WYSPA SLONCA // BOLIVIA

phot by Klaudia

phot by Klaudia // kontaktujemy sie na Drodze Smierci, w tle wodospady

*** TITIKAKA



*** W LA PAZ CHYBA NIE LUBIA DEMOKRACJI... 







3 komentarze:

  1. Ha ha ha najlepsza z mamą wycieczka ! MAma i córka niezła z was razem i z osobna grupa wsparcia! Kobiety mocy :*

    OdpowiedzUsuń
  2. I znów piękne Kingi zdjęcia + mam w kapturku i w różu najpiękniejsza, urocza :)

    OdpowiedzUsuń