Translate

sobota, 6 kwietnia 2013

Pustynia, flamingi, kradziez i skurwysyny.

Martwy kaktus na pustyni solnej.  

***
Dawno dawno temu bylo tu morze. Potem zmienilo sie w slone jezioro. Dzis chodze po goracej, bialej pustyni. Pode mna 5 metrow skamienialej soli, pod sola woda. 



Maja tu niesprawiedliwie wielka ilosc cudow siata na metr kwadratowy. Wszystko jest tu absolutnie absurdalne. Miejsce tak dziwne, ze praktycznie pozbawione prawa bytu. Biala ziemia pokryta sola, ktora udaje snieg. Czerwona woda podszywajaca sie pod krew. Kamienie giganty, ktore chca byc drzewami. Spetryfikowane algi przypominajace skaly z Marsa. Siedmiokolorowe gory, ktore wydaja sie byc swoim wlasnym obrazem. Nic dziwnego, ze wlasnie to miejsce umilowal sobie Dali, jako inspiracje dla swoich pustynnych obrazow. Jedna z tutejszych pustyn ochszczono nawet jego imieniem. 






Bylam tam najszczesliwsza na swiecie. Od dawna przesladuje mnie obsesja pustyni. Utopia miejsca, gdzie idac przed siebie mozesz dojsc tam, gdzie nie ma juz nikogo i niczego. Moze wlasnie tam na koncu istnieje to nic. Zazdoszcze pingwinowi Herzoga. Temu pingwinowi, ktory na pustyni lodowej oddziela sie od stada i zaczyna spontaniczny bieg przed siebie. Biegnie sam w biala pustke na pewna smierc. Wariat czy geniusz. Wariat i geniusz. 


Moj drugi pustynny fetysz to "Gerry". Otoz w owym filmie dwoch przyjaciol o imieniu Gerry gubi sie na pustyni. Przez 2 godziny filmu ida przed siebie. I praktycznie "nic" poza tym sie nie dzieje. Prawie nie ma dialogow. Ale wlasnie ci dzielnie milczacy faceci maszerujac w ciszy przez pustynie wrzeszcza do ciebie swoje koszmarne, powolne umieranie. Bardzo piekny film. Ogladalismy "Gerrego" z Bartkiem dawno temu w teerze. Wiekszosc widowni po 15 minutach smacznie spala. Ale bylo kilka osob, ktore sie ze mna w tych samych momentach histerycznie smialy i plakaly. Niestety nigdy potem nie spotkalam juz nikogo, kto podzielamaby moj entuzjazm. Nawet przestalam go ludziom polecac. Ale jesli ktos zna takiego, kto kocha "Gerrego", to chetnie sie zaprzyjaznie.


Ale jeszcze zanim te dwa filmy obejzalam to jako 12latka pojechalam z mama i Tomkiem do Australii. Jechalismy kilka godzin samochodem po pomaranczowej pustyni nie mijajac po drodze nikogo ani niczego. Tomkowi sie chyba wydawalo ze sie zgubilismy, wiec zatrzymal auto. Wysiadlam z samochodu i zamarlam. Powietrze stalo. Mialam wrazenie, ze my tez przestalismy oddychac. Pierwszy raz w zyciu uslyszalam cisze. Spadla na mnie zupelnie niespodziewanie i zalala mi cale cialo. Bylo to jedno z bardziej znaczacych doswiadczen w moim zyciu. Dlugo potem ciszy szukalam. Moze znalazlam jej troche pod woda. Ale nic nie robi takiego wrazenia jak ta pustynna.


Zatem teraz, dziesiec lat pozniej, bedac w Boliwii pojechalam na pustynie po raz kolejny. Wybralam sie na zorganizowana wycieczke, czego nigdy nie robie, ale nie mialam lepszego pomyslu, jak sie na ta pustynie dostac. Wszystko, co moglo pojsc zle z organizacja mojej zorganizowanej wycieczki poszlo zle. Ale do samego konca dzielnie ignorowalam grupe i przewodnika. Wbijajalam pazury mojej uwagi w nature, ktora byla wszechobecna. Przez sam fakt tego, ze sie znalazlam na pustyni, bylam tak szczesliwa, ze wszystko inne nie mialo znaczenia. Trzeslam sie, skakalam, nie zwarzajac na nikogo robilam gwiazdy i trzaskalam miliony zdjec. Nie wiedzialam juz zupelnie, jak tu ta pustynie w siebie najlepiej wchlonac. Ostatniego dnia postanowilam zatem oddzielic sie od wycieczki i zostalam w schoronisku na granicy boliwijsko - chilijskiej na wysokosci 4600 metrow. Bylo ono polozone tuz nad magiczna laguna, ktorej woda w zaleznosci od wiatru zmianiala kolor z granatowego na pastelowo-turkusowy. Nie ma pradu, nie dzialaja telefony. Mieszkaja tam zaledwie 4 osoby. Myslalam, ze wlasnie tego mi trzeba na koniec mojej podrozy. Ciszy spokoju, samotnosci i natury w dozylnej dawce.



Niestety, kiedy przyszlo do placenia za nocleg zorientowalam sie, ze zostalam okradziona. 500, moze nawet 700$? Wyjeli z portfela kase, ale zostawili dokumenty. Najprawdopodobniej obrabowali mnie kierowcy albo turysci na postoju. Z reszta nie ma znaczenia kto. Nie zlapalam nikogo za reke, wiec nic nie udowodnie. Wybuchnalem placzem. To byly prawie wszystkie pieniadze, jakie mialam do konca wyjazdu. Kiedy tak glosno szlochalam, do mojego pokoju wszedl wlasciciel hostelu. Uslyszawszy co sie stalo, przytulul mnie tak mocno, ze ledwo moglam oddychac. Przylegl do mnie cala powierzchnia swojego ciala, po czym wessal mi sie ustami w szyje. Wyszeplal, zebym sie nie martwila, ze on mi moze dac duzo pieniedzy. Wyrwalam sie i powiedzialam, ze bardzo dziekuje, ale nie skorzystam. Kurwa, co jeszcze?? (nie lubie generalizowac, ale na zaczynam powaznie watpic w gatunek meski). Bylam tak rozstrzesiona, ze nawet nie mialam sily sie zastanawiac nad tym co on przed chwila mi zaproponowal? Czy to bylo czule pocieszenie po boliwijsku, czy tez propozycja prostytucji? Nie wiem i nie chce wiedziec. Utlkelam tam na tej pustyni, bez pieniedzy, sama z oblesnym dziadem w jednym domu. W nocy nie bylo swiatla. Zabarykadowalam sie w pokoju i ciagle sobie powtarzalam, ze musze ufac. Nic innego mi nie zostaje. Doczekalam teczowego wschodu slonca. Rano przyjechaly samochody z wycieczkami. Obcy ludzie po uslyszeniu mojej historii, bez proszenia dawali mi pieniadze. Wszystkie jeepy byly pelne, ale jeden kierowca sie zlitowal i zabral mnie do miasta. Jechalismy 5-osobowym samochodem w 8 osob. 4 z tylu, 2 w bagarzniku. Obok mnie siedziala boliwijska babulka, ktora wiozla na kolanach komputer stacjonarny, ktory kupila w Chile dla syna.

Kiedy nareszcie dotarlismy na miejsce poszlam do agencji, z ktora sie na te wycieczke wybralam. Bez pretensji, ale gleboko smutna i rozczarowana zapytalam sie recepcjonistki czy mi moze jakos pomoc. Dala mi niecale 10$ i kazala przyjsc nastepnego dnia porozmawiac z szefem. Szef jak tylko mnie zobaczyl, nie dajac mi nawet otworzyc ust, wydarl sie na mnie, ze jestem klamczucha, ze on pracuje 12 lat i nigdy sie cos takiego nie zdarzylo. Zatem nie ma innego wytlumaczenia jak to, ze wszystko zmyslilam i bezczelnie oskarzylam niewinnych ludzi o przestepstwo. A w ogole to jego przeze mnie cala noc bolala glowa.
O kurwa jak ja mu wspolczuje jego bolu glowy. Powiedzialam mu tylko, ze nigdy w zyciu nie spotkalam sie z takim skurwysynstwem i ze bardzo gratuluje zwyciestwa.

Mysle sobie, ze mam w zyciu tyle szczescia, ze ta kradziez jest w ogole nie istotna. Jakos sie przebujam do Kanady z tym co mi zostalo i co mi dali. I nie dam sie zadnemu dziadowi ograbic, z tego wszystkiego pieknego, co przezylam na pustyni. Nie mam watpliwosci, ze tak na prawde z tej wyprawy wrocilam o wiele bogatsza.

** wschod slonca nad gejzerami. wysokosc: 5000m.n.p.m. , temperatura: -15





**zatoka flamingow




A tu prosze mozna powdziwic jaka jestem dobra przyjacolka. Na flamingi zabralam ze soba Michaline. Bo nikt tak flamingow nie kocha jak wlasnie Michalina. Zatem stwierdzilam, ze nie wypada isc bez niej.









      

6 komentarzy:

  1. No proszę, ledwo ją spuściłam z oka i już takie przygody. Kinia, damy radę! Kasa to w sumie najmniejszy z problemów. Czekam na Ciebie :-*****

    OdpowiedzUsuń
  2. Najpiękniejsze zdjęcia, szał! We mgle prosze, organizujemy wystawe, co do pokazania jest.
    Wysyłam wsparcie, nie finansowe, ale to jak widać w każdej sytuacji przychodzi. Wsparcia z intencji i emocji. I wdzięczność za dzielenie sie, rozjaśnianie naszych okolic Środkowo-Europejskich :*

    OdpowiedzUsuń
  3. oooo kocham zuze:* (mame tez, zeby nie bylo) mam nadzieje, ze jak przyjade to przywioze ze soba wiosne.

    a swoja droga to mi wczoraj trzasnelo 20000 wejsc... to tez jest spore wsparcie... dzieki wielkie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie! GRATULUJĘ!!! 20 000 to super wynik. Zdjęcia jak widać cieszą się ogromną popularnością, co w dobie kultury obrazkowej, w sumie nie powinno dziwić. Osobiście jednakowo mocno lubię Twoje słowa. Wiosna za oknem. Jak przyjedziesz, będą kwitły bzy :-)))))) Uważaj na siebie!!! A

    OdpowiedzUsuń