Translate

wtorek, 17 września 2013

Przeprowadzka





Pomiędzy 5 a 18 rokiem życia przeprowadzałam się około 10 razy. Jak tylko robiło się w moim nowym pokoiku miło i przytulnie, w szkole dzieci zaczynały mnie lubić, a pani w sklepie zapamiętywała moje imię – trzeba było się przeprowadzać, zaczynać wszystko od początku. I tak w kółko. Pamiętam, że jakimś szóstym zmysłem wyczuwałam co się święci, chyba po chodzie i minie mojej mamy, jak tylko wkraczała do mojego pokoju z plecami ugiętymi pod ciężarem nowiny o kolejnej przeprowadzce. Nigdy nie wykazywałam ani odrobiny wsparcia. Bardzo było dla mnie ważne, żeby cały świat wiedział jak bardzo tego nienawidze.

Przełom nastąpił po tym jak obejżałam film “Czekolada”. Otóż w tymże filmie główna bohaterka – piękna i młoda Juliette Binoche, kochanica Cygana, wstaje rano, otwiera okno, a gdy zawieje mroźny wiatr – wie, że musi sie przeprowadzić. Przyjęłam wtedy, że moja mama naśladuje gwiazdę filmową i dlatego mi to robi. Niestety potem odkryłam, że film powstał dużo później niż moja mama zaczęła nas przeprowadzać. Zatem przyczyny pozostają dla mnie do dziś niewyjaśnione.

Piszę o tym, bo myślę, że z czasem te koszmarne przeprowadzki zaowocowały u mnie namiętnością i koniecznością podróżowania. Otóż odkąd wyjechałam na pierwszą samodzielną wycieczkę (z Bartłomiejem rowerami Wrocław - Warszawa), zawładnęła mną gorączka podróżowania. Od tamtej pory moje życie było czekaniem na wakacje. Czekaniem aż będzie można znowu wyjechać. Planowaniem coraz to dalszych i bardziej szalonych podróży. Skumulowało się to wszystko w zeszłym roku, kiedy odbyłam ta wielka podróż, o której marzylam – bez ograniczen czasu, miejsca.  Podróż w poszukiwaniu siebie, bo umówmy się – wszyscy po to podróżujemy.

I jakże zaskakujące było to, kiedy podróżując w coraz to dalsze zakamarki dżungli odkryłam, że jednak kurwa prawda jest taka, że gdzie nie pojede tam znowu czeka na mnie nikt inny jak tylko ja, ja i ja. Pozdro 700 dla niesmiertelnego wieszcza Gąbrowicza. Tak to niestety jest, że życie lubi uczyć nas tych samych truizmów ciągle i ciągle od nowa.

Łapię się na tym, że myślę – oooo jestem w Kanadzie. A stąd już blisko na pustynie lodową. Tak bardzo chciałabym zobaczyć pustynie lodową!! Wszystko się zmieni kiedy skonfrontuję się z demonami. Czarnymi nocami i wielką pustką. Potem jednak myślę, niee chyba jeszcze nie jestem takim hardcorem, żeby wyprawiać się w zimę na pustynię lodową… Może lepiej Argentyna, albo Nowa Zelandia, albo, ... , ... ? W pewnym momencie udaje mi się tą gonitwę mysli złapać za pysk I wrzasnąć do niej – NIGDZIE NIE JEDZIESZ! SIEDŹ NA DUPIE! TERAZ BAWIMY SIĘ W DOM. No. Właśnie. 

Teraz 
bawimy się 
w dom 
dajemy sobie 

c z a s

żeby 
nauczyć się 
dobrze grać.

Zatem mam dom. Ponieważ mam sporo doświadczenia w realizowaniu moich marzeń, mój dom jest dokładnie taki jak sobie wyśmiłam. Jest w Montrealu. Naprzeciwko mojej ulubionej kawiarni. W starym, ponad stuletnim domu. Mieszkam w dużym mieszkaniu z sześcioma inspirującymi, młodymi osobami. Mój pokój jest przestronny i biały. Ma duże okno przez które widać rumieniący się klon. Światło w moim pokoju jest przefiltrowane przez liście tego kolnu i przemierza moją drewnianą podłogę w postaci konstelacji złożonej z migoczących owali . Pod oknem stoi wielkie drewniane biurko, a parapet ugina się od zieleni roślin. Moje łóżko zbudowane jest z palet. Nad głową latają mi ptaki – to nie jest przenośnia. Z mojego domu do Brooksa jedzie się rowerem 5 minut. Jedyne czego zapomniałam sobie zamówić, to żeby w domu było czysto. Ale cóż. I tak jest to mniejszy fopas niż, to jak Zuza zamawiająć sobie idealnego faceta zapomniała dopisać “wolny”.

Chociaż jestem tu już ponad tydzień to oficjalnie zamieszkałam mój pokój dopiero dzisiaj. W tym się na przykład różnimy z moją mamą. Ona zawsze rozpakowywała wszystkie pudła w dniu/nocy przeprowadzki. Oka nie mogła zmróżyć dopóki na półce nie stanęła ostatnia książka i aż nie został z niej zmieciony ostatni kurz. <3
Ja w przeciwieństwie do mojej mamy zaczęłam od tego, że się załamałam, że mi się nie uda, że będzie brzydko i, że nie potrafie urządzić pokoju. Utwierdziło mnie w tym moje pierwsze przedsięwzięcie, kiedy to próbując przezwyciężyć niemoc udało mi się pomalować wszystkie ściany farbą olejną. 8 nocy wietrzyłam i płakałam.  Pewnego wieczoru smród odszedł, a pokój zaprosił mnie do środka. Jezdziłam po wszystkich wyprzedarzach garażowych i śmietnikach i nazbierałam sobie naręcze pięknych skarbów, które o dziwo wszystkie tworzą zgrabną całość. 

Wyprowadziłam się do Montrealu, bo chciałam mieć dom i robić sztuke. Dom jest. Teraz trzeba bardzie zrobić sztuke… 













7 komentarzy:

  1. Wyjaśnienie przyczyny jest proste i oczywiste - chciałam stać się inspiracją do nakręcenia tego słodkiego filmu :-). Na północny wiatr nie można moim zdaniem zbyt wiele poradzić. Ciekawe Kinia, jaki byłby licznik przeprowadzek, gdybyś nie robiła takich strasznych scen... Jak myślę o kolejnej przeprowadzce to mi się zaraz z tym kojarzy i o razu mi się odechciewa :-P.
    Twój pokój wygląda ślicznie. Cieszę się, że masz swoje miłe miejsce. Z całej siły kibicuję Twoim artystycznym projektom i czekam na pierwsze próbki. Love <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Kinia powodzenia w Monteralu i pisz, cudnie pisz, bo swietnie Ci to wychodzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Bogusiu, będę pisać! odkąd mam wielkie biurko pod oknem wymówki się skończyły ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pisz pisz miło wiedzieć co u Ciebie pozdrowionka teraz z Saint Tropez - Andrzej

    OdpowiedzUsuń
  5. AAAAAA! zaczynam dogladac swoje marzenie. u mnie nie bedzie czerwonej firanki, tego jestem pewna, skradne za to Montrealczykom troche swiatla. loveeeee<3
    kisses,
    HaMa

    OdpowiedzUsuń
  6. Kingo, z daleka Twój pokój wygląda uroczo!

    A jeśli chodzi o poruszony przez ciebie temat, to czy myślisz, że prawdziwy jest wytarty frazes, iż podróże kształcą?
    Lub chociaż kształtują?

    A może właśnie kształcą, a nie kształtują?

    Buziaki,
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
  7. Kinia, dawaj nowy odcinek! Love <3

    OdpowiedzUsuń