Translate

czwartek, 10 października 2013

Dlaczego Montreal?

Ludzie często się pytają: "Kingo, dlaczego akurat Montreal?" Nie przepadam za tym pytaniem. Zazwyczaj rzucam: "bo tak wyszło" i zmieniam temat. Jak jestem w dobrym humorze to opowiadam historię o tym, jak to dwa lata temu chciałam zerwać z moim chłopakiem i poszłam do biura współpracy z zagranica na UW i zapytałam gdzie mogę pojechać na wymianę żeby było daleko i żeby mówili po angielsku. Dostałam do wyboru Montreal lub Chicago. "yyy Montreal?". Pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam moje jakie mam opcje, to nie byłam pewna, czy Montreal jest w Stanach czy w Kanadzie. (shame on me.) Wróciłam do domu wpisałam oba miasta w gugle i wybrałam Montreal, bo okazał się jednak być w Kanadzie i miał mniej wieżowców.

Ostatnio stwierdziłam, że nie mogę już więcej wysługiwać się tą historią i muszę wymyślić lepszą odpowiedź. Bo ok, zaczęło się od przypadku, ale teraz wyjeżdżając do Montrealu przecież dokonałam bardzo świadomego wyboru. I uważam, że fantastycznego! Jest najlepiej na świecie i mam nadzieję, że zdołam przekonać wszystkich których kocham, żeby przyjechali żyć. Zatem muszę wymyślić jakieś przekonywujące argumenty ;)

Odkąd przestałam studiować, ciężko mi idzie myślenie. Dużo lepiej niż myślenie wychodzi mi czucie.  Pewnie dlatego napisanie tego posta zajęło mi miesiąc za co przepraszam...

Od kiedy wprowadziłam się do mojego pokoju zadziało się również poważne przemeblowanie w mojej głowie i w mostku. Zupełnie niespodziewanie znalazłam się w miejscu, gdzie wydaje mi się, że mam wszystko co potrzebne do szczęścia. Że idę spokojnie swoją drogę i ciągle tylko potykam się o prezenty. Jakby codziennie były Święta:) Na fali poczucia, że wszystko jest dokładnie tak jak ma być, że jestem we właściwym miejscu i robię dokładnie to, co mam robić, zaczęłam praktykę polegającą na tym, że każdego wieczora przed pójściem spać mówię sobie cicho za co jestem wdzięczna. Bardzo mi to dobrze robi. Aż mi się z tego wszystkiego modlić zachciało. Nie wiem tylko do którego boga.  

*
Czynsz jest tani, śmietnik karmi całą naszą 7 osobową rodzinę, sztuka za darmo, tańce wymieniańce, wszędzie, gdzie chcę mogę się dostać moim niebieskim rowerem, a zamiast telewizji gapimy się na naszego nowego kociaka Lucyfera bawiącego się namiętnie sztuczną myszką na patyku. Nie potrzebuję wydawać pieniędzy, więc nie muszę specjalnie dużo pracować. A skoro nie muszę pracować to znaczy że mam dużo czasu i przestrzeni, żeby robić dokładnie to na, co mam ochotę. Czyli tańczyć, robić foty, ćwiczyć jogę, pisać, jeść, spać, gadać, przytulać się i całować. Po angielsku jest na to bardzo dobre wyrażenie "to hang out". To jest jakby spędzać miło czas nie robiąc nic bliżej skonkretyzowanego :) Kiedy ktoś mnie pyta w Montrealu czym się zajmuję - czy pracuję, czy się uczę - odpowiadam: "I just hang out". I to jest zupełnie normalna odpowiedź. Nikt się nie dziwi. Po polsku nie mamy takiego słowa, co jak sądzę, świadczy o naszej zorientowanej na karierę kulturze. Więc jeśli ktoś nie lubi pracować i niekoniecznie pociąga go kariera akademicka, chce mieć dużo wolnego czasu, mieć barwne i ciekawe życie - then Montreal is a place to be :D

Z jakiegoś powodu kiedy jestem w Warszawie czuję, że muszę coś osiągnąć, stać się w czymś dobra. Patrzę na tych moich wszystkich przyjaciół i znajomych i się porównuję. Tutaj mam wrażenie, że mogę sobie pozwolić na robienie tego co kocham, co mnie karmi i wypełnia po uszy. I nie muszę się czuć winna za to, że nie zajmuję się niczym "konkretnym" ani "pożytecznym". Chyba wynika to z tego, że więcej ludzi podąża tu własną ścieżką, własnym tempem. 
*

Przelewamy się po podłodze i Brooks mówi: ale ty jesteś piękna. Ja się uśmiecham i żartuję - widzisz, dlatego właśnie muszę mieszkać w Montrealu! W Warszawie wszystkie dziewczyny są piękne, a ja jestem tylko jedną z nich. Polskim facetom z tego wszystkiego się w dupach poprzewracało. Tutaj codziennie mnie obsypujecie komplementami. Wystarczy, że powiem moje imię i już się mną zachwycają. A poza tym ludzie mi ciągle mówią, że jestem podobna do Bjork, co mnie cieszy najbardziej na świecie ;))) W domu czuję się przeciętna z urody, trochę grubsza niż wszyscy i trochę za dziwna z charakteru żeby się podobać. No a poza tym mam włosy pod pachami, co mnie dyskwalifikuje na starcie, hahahahaha. Brooks mocno się dziwi. Siedzi cicho, widzę, że coś ostro kmini. Już zdążyłam zapomnieć o czym rozmawialiśmy, kiedy on poważnieje i zaczyna: "wiesz, zanim przyjechałem do Montrealu też nie czułem się nikim wyjątkowym. W mieście, z którego pochodzę byłem zwykłym chłopakiem i tylko czułem się nie na miejscu. Dopiero kiedy tu przyjechałem poznałem tych wszystkich świrów i zrozumiałem, że jestem jednym z nich". 
*

Umówiłam się z Christiną, że wpadnie na obiad i przyniesie mi jakieś rzeczy, które mogą się przydać do urządzania mojego pokoju. Przyszła i powiedziała mi żebym zamknęła oczy. Że ma dla mnie niespodziankę. Patrzę a pod moim oknem stoi wielkie pudło. Myślę sobie - matko, ale wielkie pudło! Pierwsze myśli - krzesło, szafa, lodówka??? Dotykam pudła a pudło się rusza. Zawał! Człowiek w pudle! Meghan w pudle! Hahaha. We wrześniu mieszkała na wsi, nie miałam pojęcia, że wróciła do Montrealu. Tak mnie przywitała wariatka:) 
*

Montreal jest miastem muzyków. Jest ich tu tylu, że nie mieszczą się w domach i wysypują na ulicę. Serio. Na przeciwko mojego mieszkania znajduje się kawiarnia, gdzie od 10 do 18 co godzinę gra inny zespół. Kupujesz kawę za 2,50$ i jesteś na koncercie. I to nie na byle jakim koncercie, tylko na bardzo dobrym koncercie. Mało tego! Nie tylko kawiarnie mają swoich muzyków. Prawie każde studio jogi oferuje co najmniej kilka zajęć w tygodniu z muzyką na żywo (niektóre studia maja muzyków non stop!). Siedzisz czwartą minutę w najbardziej niekomfortowej pozycji świata i jedyne co pozwala ci przetrwać tą mękę to fakt, że możesz zsynchronizować swój oddech z rytmem dźwięków wydobywających się spod palcy prześlicznej harfiarki. Podobnie jest ze studiami tanecznymi - tam tez na co drugich zajęciach siedzi przystojny perkusista!
Gdzie jeszcze można ich spotkać? Na Tamtamach! Tamtamy to niedzielne jamy bębniarskie na górze Mont Royal. Pół miasta się schodzi jedni grają, drudzy tańczą albo chodzą na linie, inni piją piwo i jarają blanty. No i oczywiście skoro jest tu tylu fantastycznych muzyków to oczywistym jest, że niektórzy z nich będą twoimi przyjaciółmi :) Czasem można się nieźle zdziwić. Na przykład jest tak, że mamy sobie piknik i jemy ciasteczka. A ktoś nagle zamiast ciasteczka wkłada sobie do ust klarnet i zaczyna grać klezmerską melodię. Inny ktoś odkłada swoje ciasteczko, wkłada głowę pomiędzy nogi tego z klarnetem. Prostuje się i wstając tańczy mając klarnecistę na barana. 
Nie zmyślam! Mam dowody!

Są tu również nieco bardziej "współcześni" muzycy. Mój współlokator zorganizował dla nas muzyczno-psychodeliczny rytuał o wschodzie słońca na cmentarzu. Na zdjęciu zawiesza dzwoneczki na drzewie. 
*
Rozpoczęłam realizację II części planu Montreal, czyli "robienie sztuki";0 Fotograficznie zajmuję się tworzeniem kalendarza dla rowerowego kolektywu - rozbierają się przed moim aparatem piękni ludzie na swoich pięknych rowerach. 
Dzieje się też tanecznie. Gdzieś tam z tyłu głowy marzyła mi się jakaś twórcza wymiana umiejętności pomiędzy znajomymi tancerzami ale nie, żebym za tym jakoś specjalnie chodziła. A tu proszę bęc! Przyjaciel Brooksa przyjechał tu na rezydencję artystyczną, żeby zrealizować spektakl taneczny. Zaprosili mnie:DDD. Jest nas piątka. Wszyscy smakują jak lody pistacjowe i mogę ich jeść łyżkami i nigdy nie mam dość. Mamy próby 3 razy w tygodniu, więc strukturalizuje to trochę mój czas, co zdecydowanie pomaga się ogarnąć. 

*
PS. Romans kwitnie. Tfutfuftu odpukać w niemalowane. 

PPS.
Marcin się pyta czy podróże kształcą. Mnie na pewno moje podróże bardzo dużo nauczyły i były potrzebne żebym mogła się znaleźć tu gdzie jestem. Ale na chwilę obecną mam wrażenie, że wyczerpałam zasoby z tego worka. I niezwykle się cieszę, że już nie muszę podróżować!  Z samego faktu ciągłego przemieszczania się nie uczę się już tak dużo. Chyba dlatego, że długo to robiłam i czuję opór, bardzo mnie to męczy, fizycznie jest to trudne dla mojego organizmu - źle jem, mało śpię, a poza tym czuję się samotna. W poprzednim poście chodziło mi bardziej o to, że kiedy wpada depresja łatwo pomyśleć - wyjadę i wszystko się zmieni. I zgadzam się - może się zmienić. Ale na dłuższą metę to, na którym końcu świata się nie znajdziesz, zabierasz ze sobą wszystkie swoje świry. Poniedziałek, wtorek, środa ja. O to mi chodziło.












5 komentarzy:

  1. cudowne wieści, przyślij mi zdjęcia to zrobimy kolejne kategorie na stronie. lowe z tokijskiego biura :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kinia, super post. i mój szlafrok też wystąpił na zdjęciu!!! :D znaczy, szlafrok ode mnie! Jak sobie teraz poodpoczywasz od tych podróży, to za rok już będziesz wypoczęta i jeśli będę w Chinach, to tam Cię oczekuję!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Poniedziałek, środa ja ha ha ha ;D + :///

    Oj Kingii. Brzmi dobrze. Smiesznie, że jak zwsze jesteśmy w podobieństwach, mi też juz troche dośc podróżowania..
    Ale przede mną jeszcze Odessa - Vipassana. Czyli przez listopad się urywam.
    A potem.. cóż mogłabym pozarabiać, żeby do Ciebie przyjechac.. Albo ułożyć się w Łodzi. Albo pojechac do Portugalii, Valencji, Barcelony i o Majorke zachaczyć. Widzisz jest wiele opcji... ;* ha ha ha ha
    Najwżniejsze że dobrze 9po jednej i drugiej str)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kinia, jak już zadeklarowałam, bardzo chętnie zamieszkam w pobliżu. Od czasu do czasu wpadnę na niespieszną kawę z Leonardem C., pohenginguję się out i ugotuję coś pysznego dla Twoich zwariowanych Przyjaciół. Tylko musisz zadbać o stronę formalną i zostać obywatelem Kanady, żeby mnie na legalu zaprosić :-P Póki co odpaliła mi się chęć odwiedzenia Cię w tym niezwykłym miejscu. Zbieram na bilet i szukam zielonego kamienia (do ściskania w dłoni w odpowiednim momencie).
    Love
    Ps. Hafciarka (haftuje), harfistka (gra na harfie), harfiarka-????

    OdpowiedzUsuń
  5. ooo mamo dzieki za harfistke. moj polski robi sie coraz gorszy. ostatnio wyslalam maila do mojej pani profesor ze slowem "bohaterowie".... pozostaje mi miec nadzieje, ze rownolegle ze spadkiem jakosci polskiego poprawia sie moj angielski, hiszpanski i francuski :D
    ciesze sie ze i mama i zuza deklaruja chec przyjazdu. mam wasze teraz wasze slowa na pismie - sa publiczne, wiec chyba nie ma wyboru trzeba dotrzymac obietnicy!
    gunia, twoj szlafrok robi furore!!! uwielbiam go i nie wyobrazam sobie zycia bez niego.
    magda, tak tak! zrobimy wiecej tylko musze uzbierac serie :DDD zazdroszcze japonii!!! my tu ogladamy duzo anime i jemy lody moschi :DD

    OdpowiedzUsuń